Blog kulinarny „Klapsa czy konferencja?”: Rekomendacje autorek

Polecamy

  • 02. 12. 2010, Magdalena

    „Kuchnia” Produkty z czterech stron świata

    Pan Christian Teubner – autor tej księgi  wykonał gigantyczną robotę. Zebrał wszystkie produkty spożywcze pochodzenia naturalnego z całego świata, skatalogował, sfotografował i opisał. I cóż takiego? można zapytać. Przecież wszystko jest w internecie. A jednak książka ta zawiera informacje zebrane w jednym miejscu i ułożone tematycznie, co jest bardzo pomocne przy szybkim poszerzaniu wiedzy kulinarnej. Jest także bogato ilustrowana. Szczególnie dla mnie ciekawe są działy poświęcone ziołom, przyprawom i rybom. Także miłośnicy miesnej kuchni mogą poznać dokładnie jak wygląda szponder i skąd się go wycina a także do jakich potraw najlepiej się nadaje. A przy wizycie w restauracji na lazurowym wybrzeżu można zaskoczyć kelnera rozeznaniem w odmianach ostryg. Jest więc to książka ciekawa, ładna i praktyczna. Dobra na prezent dla kulinarnych frikomaniaków, podróżników i ambitnych gospodyń domowych. Jest niestety dość duża i ciężka, więc nadaje się wyłącznie do kontemplowania w domu. No i ma jedną wadę, autor nie wspomina słowem o doskonałych pimientos de padron – papryczkach którymi zajadaliśmy sie w Katalonii, ale i tak polecam.

    Kuchnia. Produkty z czterech stron świata; Christian Teubner ; wyd. Carta Blanca; 336 str; oprawa twarda

    Komentarze:
    3 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    ,
  • 13. 09. 2010, Magdalena

    „Latający talerz”, czyli o tym jak jeść rybę i być najedzonym.

    Na zdjęciu zgrabna rączka Moniki Powalisz

    No i koniec wakacji. Jakoś tak wyszło, że niewiele gotowałam przez lato, a też chciałam sobie odpocząć od komputera i przestałam pisać cokolwiek na naszym blogu. Przyszedł czas jednak żeby wreszcie nadrobić zaległości! A jest co nadrabiać bo o wakacjach w słonecznej Italii i ich kulinarnym aspekcie czuję się w obowiązku także wspomnieć.

    O tym jednak poźniej bo mam do opisania kulinarną przygodę jeszcze z czerwca. Myślę że słowo przygoda (dodałabym tu jeszcze hedonistyczna) dobrze opisuje Rybne czwartki z Latajacym Talerzem serwowane przez naszego kolegę Krzyśka Kwapińskiego. Latający Talerz wpisuje się idealnie w nurt tzw “supper clubs” bardzo modnych na Wyspach Brytyjskich czy w USA. Idea jest prosta. Gospodarz (lub gospodarze) przyjmuje gości we własnym domu, sam przygotowuje posiłki, pobiera przy tym konkurencyjną w stosunku do regularnej restauracji opłatę. Mamy w Polsce także kilka podobnych przedsięwzięć. Latający talerz wyróżnia się jednak na tym tle bardzo ściśle sprofilowanym menu skoncentrowanym na rybach i owocach morza. W związku z tym że do naszego pięknego kraju rybki przylatują samolotami we środy, Krzyś organizuje “Rybne Czwartki”. Należy więc zapisać się z kilkudniowym wyprzedzeniem i opłacić składkę, która potwierdza rezerwację. Dobrze jest przyjść z kilkoma znajomymi, chociaż ciekawym urozmaiceniem może być też kolacja z zupełnie przypadkowymi osobami przy jednym stole w niewielkim acz uroczym mieszkanku na Saskiej Kępie. My wybraliśmy się tam silną grupą ośmioosobową. Gospodarz powitał nas podkrecającym soki trawienne, wyśmienitym Proseco. Kolacja rozpoczęła się ok godz 21. Pokaż cały wpis „„Latający talerz”, czyli o tym jak jeść rybę i być najedzonym.”

    Komentarze:
    4 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
  • 01. 08. 2010, Paulina

    Awanturka jajeczna


    Lato w mieście a w nim…Nasza ulubiona klubokawiarnia Chłodna 25 wystartowała z niedzielnymi śniadaniami! Uwielbiam ten zwyczaj w Berlinie, pół niedzieli spędzanej z przyjaciólmi na piciu kawy i zajadaniu różnych śniadaniowych smakołyków, w jakimś miłym lokalu, wspominając szaleństwa poprzedniej nocy.
    Spotkałam się więc dziś z Asią J. na Chłodnej, i było świetnie, była pyszna pasta jajeczna, moja ukochana awanturka z wędzonej ryby, sery, paróweczki, koktajle, owoce i cieplutkie gofry. Czego dusza zapragnie i do syta.  Jak zwykle pyszna kawa i świetne towarzystwo. Czego można chcieć więcej od życia w niedzielny poranek? Pokaż cały wpis „Niedzielna awanturka na Chłodnej.”

    Komentarze:
    3 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , , , , , ,
  • 25. 06. 2010, Magdalena

    Dorada z pieca z plasterkami ziemniaków

    Wreszcie przyszedł czas żeby nadrobić zaległości w pisaniu. Ostatnio Aśka wypomniała nawet, że nie było mojego wpisu od czterech przewinięć naszej strony. Jak to szybko zleciało ;) tyle naobiecywałam a i tak w końcu napiszę o czymś zupełnie innym hehe. Chcę napisać po raz kolejny o tym jak łatwo jest zrobić obiad w kilkadziesiąt minut nie używając do tego słynnych z telewizji pomysłów na… 
Akurat dziś na wymyślanie obiadu to nie miałam kompletnie melodii. Filip chory, za oknem syf, a gdzieś w środku mnie obudził się ten cichy głos, który szepce: “Nic ci się nie uda, bo jesteś do niczego” Znacie to? Na szczęście zadzwonił Jakub z Bomi i przez telefon ustaliliśmy, że jak piątek to ryby i owoce morza. Super, od razu poczułam że wszystko jest dziecinnie proste bo mamy przecież na parapecie świeże zioła!!! Pokaż cały wpis „Pomysł na obiad: Dorada z pieca”

    Komentarze:
    4 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , ,
  • 16. 05. 2010, Asia J.

    Ramen z makaronem soba

    Ostatnio doszłam do wniosku, że jemy za mało zup… nie to żebym ich nie lubiła, niektóre nawet bardzo, ale jakoś tak mi się nie składa, żeby jakąś zrobić. No chyba, że Zosia sie rozchoruje, albo pojawią się dynie! Postanowiłam, więc zmienić co nieco w tej kwestii, ale ponieważ razem z tym postanowieniem pojawił się rownocześnie niewielki opór cała akcja skończyła się na zrobieniu zupy w ulubionym azjatyckim stylu czyli połączenie dania drugiego z pierwszym. Ale nie tak jak kiedyś bywało w naszych przedszkolach jak mielony z buraczkami lądował w zupie np ogórkowej!!! Pokaż cały wpis „Ramen z makaronem soba”

    Komentarze:
    1 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , , , , ,
  • 27. 03. 2010, Magdalena

    Goode!

    Ostatni tydzień w Mamastudio pod kątem obiadowym to była katastrofa. Połowa naszego kulinarnego klubu czyli Michał i Rudy wyjechali na urlop, Asia rozchorowała się i zostałam sama. Kiedy jestem sama motywacja do gotowania drastycznie u mnie spada (znacie to na pewno z autopsji), więc postanowiłam z Witkiem zaryzykować nową knajpę, którą niedawno otworzyli na Kruczej (obok TomoSushi). Lokal bardzo długo stał zamknięty i straszył zaklejonymi szybami, niezbyt podobała mi się grafika będąca kopią z zachodu… mniejsza z tym właściciel nie musi być znawcą i dał sobie wcisnąć kit. Ktoś mi niedawno wspominał że tam był i że super, że organic, ale nie nastawiałam się na zbytnią rewelację. Przed wejściem do YeFoodeGoode przestudiowaliśmy menu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy znalazłam w nim kaszę jaglaną! wow! zaczyna się robić obiecująco. Zdecydowaliśmy się na Pokaż cały wpis „Goode!”

    Komentarze:
    4 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , ,
  • 12. 03. 2010, Paulina

    Vincent

    Dzisiaj zjedliśmy z T. śniadanie w Vincencie. To sympatyczna, maleńka kawiarnio-piekarnia, na Nowym Swiecie, usytuowana obok kawowego giganta Starbucksa. Można by pewnie przeprowadzić jakieś bardzo ciekawe badanie na temat różnic i podobieństw klienteli tych dwóch lokali, można by porownywać ceny i asortyment, ja wybieram Vincenta, wolny wybór, podobnie jak wolność słowa, cieszy…
    Vincent jest czynny od 6.30(!), prawie zawsze zatłoczony (nie wybierajcie się tam w niedzielę), lada ugina się od croissantów, ciastek, szarlotek i kanapek, nie można się na nic zdecydować, wszystko wygląda bosko, kusi wypiekane na miejscu pieczywo, pachnie obłędnie, jest smaczna kawa, soki, smoothies i francuskie gazety. To idealny lokal na spotkanie na śniadanie, dla mistrzów, zakochanych i wielbicieli wielkomiejskiego kawiarnianego życia. Polecam! A jak nie znajdziecie wolnego miejsca, to po prostu kupcie bagietke i z nią pod pachą i gazetą w drugiej ręce spacerujcie Nowym Światem, kontestując sieciowe kawiarnie.

    Przy okazji, ostatnimi dniami gorący temat to podniesienie o 300% czynszu, dla innej warszawskiej kawiarni – Miedzy Nami. Oznacza to dla nich poważne kłopoty, w zasadzie zamkniecie interesu tylko wchodzi w grę. Między Nami można lubić lub nie, ale otworzenie tego właśnie lokalu było według mnie i nie tylko, kluczową sprawą dla lifestylu warszawskiego. Abstrahując od kwestii, kto, z kim, dlaczego, to był pierwszy skowronek normalności w dziwnych i szalonych latach 90. Byłam wtedy w liceum i miałam wrażenie, że Warszawą rządzą dresiarze i dilerzy i tak już zostanie i marzyłam o tym żeby było inaczej.
    Teraz takich lokali jak Między jest pełno, w moim osobistym rankingu Miedzy Nami ma pozycje w pierwszej 10 chyba tylko ze wzgledu na smaczne i niedrogie jedzenie, ale mam duży sentyment do tego miejsca i szacun przedewszystkim. Dlatego podpisałam się pod tą petycją.

    Komentarze:
    6 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , ,
  • 23. 02. 2010, Paulina

    Sernik cytrynowy

    Odnalazłam ostatnio kulinarną bratnią duszę, ba, wręcz mentora. Jest to Mark Bittman, autor kilku książek o jedzeniu, felietonista kulinarny i blogger z NYT. Nigdy nie był profesjonalnym kucharzem, nie miał własnej restauracji, o jedzeniu pisze od lat i po prostu kuchnia jest jego naturalnym środowiskiem. Widać, że lubi proste i dobre jedzenie, lokalne, sezonowe świeże składniki, przepisów z kuchni molekuralnej raczej tu nie znajdziecie. Interesujące jest to że nie skupia się tylko na kuchni i przepisach, ale dużo opowiada o pochodzeniu potraw, historii, ma też mocno rozbudzoną świadomość ekologiczną, w swej ostatniej książce  „Food matters” bada związki pomiędzy amerykańską nadprodukcją jedzenia, junk food, epidemii otyłości a zmianami klimatycznymi i zanieczyszczeniem środowiska. Choć nie jest wegetarianinem proponuje spożywanie mniejszej ilości mięsa jako antidotum na trapiące świat problemy i choroby cywilizacyjne. Jednym słowem fajny gość, polecam go Waszej uwadze.
    Znalazłam u niego na stronie przepis na sernik cytrynowy, który bardzo mi się spodobał – ma spód z pokruszonych ciasteczek, jest cytrynowy, a ja uwielbiam wszystko co cytrynowe, mlask, do dzieła!
    Oczywiście nie byłabym sobą gdybym czegoś nie zmieniła, ale w sumie przepis jest dość prosty więc zmiany były kosmetyczne.

    1/2 kg ricotty (w podstawowej wersji jest 3/4 kg, trochę zmniejszyłam proporcje)
    3 jajka (w wersji Marka Bittmana 4)
    1 szkl drobnego cukru
    sok z 1 cytryny
    1 łyżeczka startej skórki z cytryny (najlepiej niepryskanej)
    parę kropel esencji waniliowej
    1 łyżka mąki
    na spód:
    1 paczka razowych ciasteczek ( ok 100 gr)
    4 łyżki stopionego masła
    2 łyżki drobnego cukru

    Potrzebna będzie nam okrągła forma do pieczenia, ja użyłam takiej o średnicy 24 cm. Ciasteczka pokruszyłam, następnie w blenderze zmiksowałam na drobny proszek. Wymieszałałam z cukrem i stopionym masłem i wyłożyłam tak przygotowaną kruszonką wysmarowaną masłęm blaszkę. Wsadziłam na parę minut do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika. Potem wyjęłam żeby przestygło.
    Odzieliłam białka od żółtek i ubiłam białka na sztywną pianę ze szczyptą soli. Ubiłam żółtka z cukrem na gładki kogel mogel, dodałam sok z cytryny , startą skórkę i esencję waniliową. Dodałam ricottę, ucierałam jeszcze chwilę żeby ser nabrał lekkości. Następnie, stopniowo, drewnianą łyżką dodałam pianę z białek i wszystko razem delikatnie wymieszałam. Wyłożyłam na ciasteczkowy spód i…uwaga, uwaga! Blaszkę z sernikiem wkładamy do większej blaszki wypełnionej wodą do wysokości ok 2 cm. Brzmi trochę skomplikowanie, szczerze mówiąc w pierwszym momencie chciałam upiec to ot tak, po bożemu, ale w gruncie rzeczy okazało się to całkiem proste.
    Sernik w kąpieli wodnej wkładamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy ok 45 minut. Nie mogłam się powstrzymać i zajrzałam do niego w czasie pieczenia i chyba dlatego
    z wierzchu popękał, więc jeśli chcecie mieć sernik o nie tylko perfekcyjnym smaku, ale także nieskazitelnym wyglądzie to zalecam cierpliwość. Także ostrożność przy wyciąganiu blaszki z wodą z piekarnika.
    Szczerze mówiąc ani precyzja, ani cierpliwość to nie sa jakieś wiodące cechy mojego charakteru, co napewno kształtuje mocno mój gust kulinarny – wybieram te przepisy i potrawy gdzie osiągne sukces nie spędzając pół dnia na starannym odmierzaniu ilośći składników. Nie mam nawet wagi kuchennej, dlatego mąke i cukier odmierzam szklankami. Pieczenie ciast wcale nie musi być trudne i skomplikowane, zapewniam Was sernik był przepyszny.
    Okazało się jednak, że ma tę dziwną cechę, iż błyskawicznie znika ;)

    Komentarze:
    6 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , , ,
  • 21. 02. 2010, Magdalena

    Poznajcie nie tylko brytyjską historię na talerzu

    Sobotni wieczór. Wielu na balangach. Nieliczni w pracy, a reszta przed telewizorami. I ja też dzisiaj, pomimo tego że znad komputera, jednym uchem śledzę co tam na kuchni.tv. I tak mi przyszło do głowy żeby zareklamować wam mój ulubiony program kulinarny. Bohaterowie programu aktorka komediowa Sue Perkins i krytyk kulinarny Giles Coren sprawdzają na własnej skórze jak jadało się w bardzo dawnych, dawnych i całkiem niedawnych czasach. Na sukces tego progamu składa się połączenie rewelacyjnych osobowości, oraz świetny pomysł. Sue i Giles na początku każdego odcinka poddają się dokładnym badaniom lekarskim. Następnie na tydzień przenoszą się w czasie. Zamieszkują dom z epoki i odżywiają się potrawami przygotowywanymi zgodnie z oryginalnymi przepisami i w oryginalnych ilościach. Całość okraszona jest rozmowami z historykami i ciekawymi anegdotami o postaciach historycznych. Na końcu odcinka porównywane są wyniki badań sprzed i po skąd płyną zaskakujące nieraz wnioski.
    Poprostu uwielbiam ten program. Jest na maksa śmieszny i mądry. Akurat dzisiaj jest premiera nowego odcinka. O 15:05. Myślę że ci którzy za bardzo zabalowali akurat się obudzą.

    Komentarze:
    4 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
  • 18. 02. 2010, Magdalena

    Zupa krem z pieczonych buraków

    Od paru dni nie mogę się zebrać żeby zainaugurować na naszym blogu nowy dział – POLECAMY. I właśnie Paulinka swoją miłością do buraka wzbudziła i we mnie falę emocji. Bo właśnie najcudowniejsze danie w restauracji, którą chcę polecić to krem z pieczonych buraków (zaraz do kremu powrócę).

    W warszawskiej „Poezji” byłam już kilka razy więc możecie mi zaufać – jest świetna. Specjalizuje się w kuchni włoskiej. Według mnie największymi atutami Poezji są proste dania i doskonałe, świeże składniki. Zresztą osobiście uważam, że im skromniejsze menu tym większa szansa, że dania są dopracowane a składniki nie oczekują dniami na swoje 5 minut.

    No ale wracając do kremu z pieczonego buraka. Nigdy wcześniej o takiej zupie nie słyszałam i wogóle wydało mi się to dość dziwne bo w końcu jest barszcz, barszcz ukraiński i tyle. Uwielbiam zupy krem. Kocham buraki, więc jednak zaryzykowałam. I było warto! Zupa krem z pieczonych buraków w restauracji Poezja to do dziś jest dla mnie smak rozkoszny i niedościgniony zarazem. Już kilka razy próbowałam ją odtworzyć i chociaż wszystkim smakowała to moim zdaniem jest wszystko nie to. Więc jeśli ktoś zna tę potrawę i jakiś sekretny składnik to błagam niech napisze i uwolni mnie od ciągłych poszukiwań tego smaku. Tymczasem tych których wyobraźnia została poruszona odsyłam do Poezji, lub do własnych eksperymentów na bazie poniższego przepisu:

    Zupa krem z pieczonych buraków

    1 kg upieczonych buraków
    3 nieduże cebule
    3 kawałki selera naciowego
    500 ml bulionu (może być z kostki bio)
    1 płaska łyżeczka kminku
    3 cm kawałek świeżego imbiru
    2 duże ząbki czosnku
    2 łyżki oliwy
    sól, pieprz

    Na początek pieczemy buraki. Tak jak opisuje to Paulina w poniższym poście. Upieczone buraki kroimy na drobne kawałki. Następnie siekamy cebulę i selera. Czosnek proponuję dokładnie utrzeć z kminkiem i imbirem w moździerzu żeby wydobyć cały aromat i żeby w kremie nie było całych kawałków kminku. W sporym garnku rozgrzewamy oliwę i przez ok minutę podsmażamy na niej pastę z przypraw. Następnie dodajemy posiekany seler i cebulę i wszystko dusimy pod przykryciem aż cebula się zeszkli a seler trochę zmięknie. Wtedy dodajemy buraki a całość zalewamy bulionem. Solimy, dodajemy pieprz wedle uznania. Całość doprowadzamy do wrzenia a następnie zmniejszamy gaz i dusimy przez ok 40 minut pod przykryciem. Sprawdzamy czu buraki się już dostatecznie miękkie i ostawiamy do ostygnięcia. Ostudzoną zupę doprowadzamy :) do konsystencji kremu blenderem i gotowe. Krem z pieczonych buraków może być dla wielu osób zbyt słodki i delikatny dlatego dobrze sprawdza się zaostrzenie jej łyżeczką chrzanu już na talerzu. W Poezji jest podawana z posmażonymi w oliwie plasterkami czosnku (oczywiście razem z aromatyczną oliwą).

    Na tym zjęciu krem który jakiś czas temu podałam na obiad w mamastudio

    Komentarze:
    9 Dodaj swój komentarz
    Słowa–klucze:
    , ,
Praktyczna piękna unikalna torba nie tylko na zakupy

Książka „Klapsa czy konferencja?”

Klapsa czy konferencja?

Nasza książka jest zupełnie inna niż wszystkie. Oprócz wielu wypróbowanych przepisów i wyjątkowego designu, dwóch kolorów okładki, ma ciekawą formę pamiętnika.

Każdy rozdział zaczyna sie od zabawnej historyjki z życia głownej bohaterki, która to urządza parapetówkę, leczy kaca, zaprasza rodziców na obiad i tak dalej. Opowieści te łączą sie z różnymi daniami, które to serwuje sobie i swoim najbliższym ta urocza osoba.

Co my tu z zresztą będziemy o tym opowiadać, to trzeba przeczytać!

Na zachęte obejrzyjcie sobie z bliska kilka stron.

Pokaż fragment książki

Kontakt